Wiem, że nie wiem czyli Irlandczycy mieli łatwiej
Mowa o mowie
Irlandczycy emigrujący na przełomie XIX i XX wieku do USA mieli jednego sporego bonusa w porównaniu z Polakami przybywającymi od kilku lat do Irlandii.
Jest jedna rzecz, która nieustannie sprawia, że czuję się mniej komfortowo niż bym mógł się tutaj czuć.
Język.
Język angielski, drugi obok irlandziego urzędowy język tutaj.
Nie mam problemu z czytaniem oficjalnych pism, gazet, firmowej korespondencji itp. ale odczuwam tremę przed odzywaniem się!
Po prostu wyobrażam sobie jak to będzie wyglądało kiedy nagle w trakcie ożywionej rozmowy ja wtrącę swoje koślawe trzy grosze. Najbardziej odczuwam to na luźnych spotkaniach, w kantynie, w kuchni, przy kawie - bo tutaj bardzo mi zależy nad dobrym prezentowaniu się i póki co wybieram milczenie i kiwanie ze zrozumiem głową.
Może niepotrzebnie biorę sobie niektóre kwestie za bardzo do serca, ale nie chcę powtórzyć gafy jaką walnąłem na półoficjalnym spotkaniu myląc tryb wsadowy z wanną ;-).
Drugim razem uczestniczyłem (na swój opisany wyżej sposób) w rozmowie o ślubach. Któryś z chłopaków był w ostatni weekend na ślubie znajomych i jakoś tak się zgadało. Po kilku minutach wtrąciłem parę zdań o polskich ślubach i weselach:
Na samym początku zaciąłem się lekko na jakimś określeniu i zasugerowałem gestem że oczekuje podpowiedzi:
- co to jest to, no.. no...(tu odpowiednie gesty, nie pamiętam o co dokładnie chodziło)?
Jeden z chłopaków rzucił: wedding?
- nie nie! chodzi mi o ...
Wzbudziło to ogólną wesołość, ale przyznaje, że mnie nieco ukłuło.
Oj Jack podpadasz mi! Chyba już Ci nie będę podpowiadał sztuczek w Java Server Pages.
Ktoś pofatygował się i wyznaczył cztery etapy jakie przechodzi każda edukująca się jednostka:
Etap wiem że wiem - to jest mój następny cel.
Przywiozłem z Polski nowo kupiony Super Memo Advanced English Speed Up. Po dość dobrych opiniach z jakimi spotkałem się w internecie (blog "Formy Przetrwalnikowej" na Gazecie.pl) spodziewam się wiele dobrego po tym systemie nauczania. Muszę się zebrać i wyznaczyć 15 minut dziennie na naukę (podobno tyle wystarcza a sekretem jest systematyczność).
Póki co dziś zaznajomiłem się z trzema zwrotami. Uwaga cytuję, proszę się nie śmiać:)
Jest jedna rzecz, która nieustannie sprawia, że czuję się mniej komfortowo niż bym mógł się tutaj czuć.
Język.
Język angielski, drugi obok irlandziego urzędowy język tutaj.
Nie mam problemu z czytaniem oficjalnych pism, gazet, firmowej korespondencji itp. ale odczuwam tremę przed odzywaniem się!
Po prostu wyobrażam sobie jak to będzie wyglądało kiedy nagle w trakcie ożywionej rozmowy ja wtrącę swoje koślawe trzy grosze. Najbardziej odczuwam to na luźnych spotkaniach, w kantynie, w kuchni, przy kawie - bo tutaj bardzo mi zależy nad dobrym prezentowaniu się i póki co wybieram milczenie i kiwanie ze zrozumiem głową.
Może niepotrzebnie biorę sobie niektóre kwestie za bardzo do serca, ale nie chcę powtórzyć gafy jaką walnąłem na półoficjalnym spotkaniu myląc tryb wsadowy z wanną ;-).
Drugim razem uczestniczyłem (na swój opisany wyżej sposób) w rozmowie o ślubach. Któryś z chłopaków był w ostatni weekend na ślubie znajomych i jakoś tak się zgadało. Po kilku minutach wtrąciłem parę zdań o polskich ślubach i weselach:
Na samym początku zaciąłem się lekko na jakimś określeniu i zasugerowałem gestem że oczekuje podpowiedzi:
- co to jest to, no.. no...(tu odpowiednie gesty, nie pamiętam o co dokładnie chodziło)?
Jeden z chłopaków rzucił: wedding?
- nie nie! chodzi mi o ...
Wzbudziło to ogólną wesołość, ale przyznaje, że mnie nieco ukłuło.
Oj Jack podpadasz mi! Chyba już Ci nie będę podpowiadał sztuczek w Java Server Pages.
Ktoś pofatygował się i wyznaczył cztery etapy jakie przechodzi każda edukująca się jednostka:
- Nie wiem, że nie wiem.
- Wiem, że nie wiem.
- Wiem, że wiem.
- Nie wiem, że wiem.
Etap wiem że wiem - to jest mój następny cel.
Przywiozłem z Polski nowo kupiony Super Memo Advanced English Speed Up. Po dość dobrych opiniach z jakimi spotkałem się w internecie (blog "Formy Przetrwalnikowej" na Gazecie.pl) spodziewam się wiele dobrego po tym systemie nauczania. Muszę się zebrać i wyznaczyć 15 minut dziennie na naukę (podobno tyle wystarcza a sekretem jest systematyczność).
Póki co dziś zaznajomiłem się z trzema zwrotami. Uwaga cytuję, proszę się nie śmiać:)
- straigforward z lubością używane przez mojego managera Jonathana (nota bene dość sympatycznego, pogodnego gościa).
- third time lucky - rzucone w powietrze kiedy już dwa razy wywaliło kolegę z telekonferencji.
- to presume - używane we wszystkich możliwych formach odmiany przez mojego sąsiada zza ścianki boksu.

